Pan Tadeusz

Czyli ostatni zajazd na Litwie

Księga III – Umizgi


KSIĘGA TRZECIA

UMIZGI

Treść:

Wyprawa Hrabi na sad – Tajemnicza nimfa gęsi pasie -
Podobieństwo grzybobrania do przechadzki cieniów elizejskich – Gatunki grzybów -
Telimena w Świątyni dumania – Narady tyczące się postanowienia Tadeusza – Hrabia
pejzażysta – Tadeusza uwagi malarskie nad drzewami i obłokami – Hrabiego myśli o sztuce
- Dzwon – Bilecik – Niedźwiedź, Mospanie!



 

Hrabia wracał do siebie, lecz konia wstrzymywał,

Głową coraz w tył kręcił, w ogród się wpatrywał;

I raz mu się zdawało, że znowu z okienka

Błysnęła tajemnicza bieluchna sukienka

I coś lekkiego znowu upadło z wysoka,

I przeleciawszy cały ogród w mgnieniu oka,

Pomiędzy zielonymi świeciło ogórki:

Jako promień słoneczny, wykradłszy się z chmurki,

Kiedy śród roli padnie na krzemienia skibę

Lub śród zielonej łąki w drobną wody szybę.

 

Hrabia zsiadł z konia, sługi odprawił do domu,

A sam ku ogrodowi ruszył po kryjomu;

Dobiegł wkrótce parkanu, znalazł w nim otwory

I wcisnął się po cichu jak wilk do obory;

Nieszczęściem, trącił krzaki suchego agrestu.

Ogrodniczka, jak gdyby zlękła się szelestu,

Oglądała się wkoło, lecz nic nie spostrzegła;

Przecież ku drugiej stronie ogrodu pobiegła.

A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie,

Między liście łopuchu, na rękach, po trawie,

Skacząc jak żaba, cicho, przyczołgał się blisko,

Wytknął głowę – i ujrzał cudne widowisko.

 

W tej części sadu rosły tu i ówdzie wiśnie,

Śród nich zboże, w gatunkach zmieszanych umyślnie:

Pszenica, kukuruza, bob, jęczmień wąsaty,

Proso, groszek, a nawet krzewiny i kwiaty.

Domowemu to ptastwu taki ochmistrzyni

Wymyśliła ogródek: sławna gospodyni.

Zwała się Kokosznicka, z domu Jendykowi-

czówna; jej wynalazek epokę stanowi

W domowym gospodarstwie; dziś powszechnie znany,

Lecz w owych czasach jeszcze za nowość podany,

Przyjęty pod sekretem od niewielu osób,

Nim go wydał kalendarz, pod tytułem: Sposób


Wychowywania drobiu – był to ów ogrodek.

 

Jakoż zaledwie kogut, co odprawia warty,

Stanie i nieruchomie dzierżąc dziob zadarty,

I głowę grzebieniastą pochyliwszy bokiem,

Aby tym łacniej w niebo mógł celować okiem,

Dostrzeże wiszącego jastrzębia śród chmury,

Krzyknie – zaraz w ten ogród chowają się kury,

Nawet gęsi i pawie, i w nagłym przestrachu

Gołębie, gdy nie mogą schronić się na dachu.

 

Teraz w niebie żadnego nie widziano wroga,

Tylko skwarzyła słońca letniego pożoga,

Od niej ptaki w zbożowym ukryły się lasku;

Tamte leżą w murawie, te kąpią się w piasku.

 

Śród ptaszych głów sterczały główki ludzkie
małe,

Odkryte; włosy na nich krótkie, jak len białe;

Szyje nagie do ramion; a pomiędzy niemi

Dziewczyna głową wyższa, z włosami dłuższemi;

Tuż za dziećmi paw siedział i piór swych obręcze

Szeroko rozprzestrzenił w różnofarbną tęczę,

Na której główki białe, jak na tle obrazku,

Rzucone w ciemny błękit, nabierały blasku,

Obrysowane wkoło kręgiem pawich oczu

Jak wiankiem gwiazd, świeciły w zbożu jak w przezroczu,

Pomiędzy kukuruzy złocistymi laski

I angielską trawicą posrebrzaną w paski,

I szczyrem koralowym, i zielonym ślazem,

Których kształty i barwy mieszały się razem

Niby krata ze srebra i złota pleciona,

A powiewna od wiatru jak lekka zasłona.

 

Nad gęstwą różnofarbnych kłosów i badylów

Wisiała jak baldakim jasna mgła motylów

Zwanych babkami, których poczwórne skrzydełka,

Lekkie jak pajęczyna, przejrzyste jak szkiełka,

Gdy w powietrzu zawisną, zaledwo widome,

I chociaż brzęczą, myślisz, że są nieruchome.

 

Dziewczyna powiewała podniesioną w ręku

Szarą kitką, podobną do piór strusich pęku;

Nią zdała się oganiać główki niemowlęce

Od złotego motylów deszczu. W drugiej ręce

Coś u niej rogatego, złocistego świeci,

Zdaje się, że naczynie do karmienia dzieci,

Bo je zbliżała dzieciom do ust po kolei,

Miało zaś kształt złotego rogu Amaltei.

 

Tak zatrudniona, przecież obracała głowę

Na pamiętne szelestem krzaki agrestowe,

Nie wiedząc, że napastnik już z przeciwnej strony

Zbliżył się, czołgając się jak wąż przez zagony;

Aż wyskoczył z łopucha. Spójrzała – stał blisko,

O cztery grzędy od niej, i kłaniał się nisko.

Już głowę odwróciła i wzniosła ramiona,

I zrywała się lecieć jak kraska spłoszona,

I już lekkie jej stopy wionęły nad liściem,

Kiedy dzieci, przelękłe podróżnego wniściem

I ucieczką dziewczyny, wrzasnęły okropnie;

Posłyszała, uczuła, że jest nieroztropnie

Dziatwę małą, przelękłą i samą porzucić:

Wracała wstrzymując się, lecz musiała wrócić,

Jak niechętny duch, wróżka przyzwany zaklęciem;

Przybiegła z najkrzykliwszym bawić się dziecięciem,

Siadła przy niem na ziemi, wzięła je na łono,

Drugie głaskała ręką i mową pieszczoną;

Aż się uspokoiły, objąwszy w rączęta

Jej kolana i tuląc główki jak pisklęta

Pod skrzydło matki. Ona rzekła: “Czy to pięknie

Tak krzyczeć? czy to grzecznie? Ten pan was się zlęknie.

Ten pan nie przyszedł straszyć; to nie dziad szkaradny.

To gość, dobry pan, patrzcie tylko, jaki ładny”.

 

Sama spójrzała: Hrabia uśmiechnął się mile

I widocznie był wdzięczen jej za pochwał tyle;

Postrzegła się, umilkła, oczy opuściła

I jako róży pączek cała się spłoniła.

 

W istocie był to piękny pan: słusznej urody,

Twarz miał pociągłą, blade, lecz świeże jagody,

Oczy modre, łagodne, włos długi, białawy;

Na włosach listki ziela i kosmyki trawy,

Które Hrabia oberwał pełznąc przez zagony,

Zieleniły się jako wieniec rozpleciony.

 

“O ty! – rzekł – jakimkolwiek uczczę cię
imieniem,

Bóstwem jesteś czy nimfą, duchem czy widzeniem!

Mów! własna-li cię wola na ziemię sprowadza,

Obca-li więzi ciebie na padole władza?

Ach, domyślam się – pewnie wzgardzony miłośnik,

Jaki pan możny albo opiekun zazdrośnik

W tym cię parku zamkowym jak zaklętą strzeże!

Godna, by o cię bronią walczyli rycerze,

Byś została romansów heroiną smutnych!

Odkryj mi, Piękna, tajnie twych losów okrutnych!

Znajdziesz wybawiciela – odtąd twem skinieniem,

Jak rządzisz sercem mojem, tak rządź mym ramieniem”.

Wyciągnął ramię.

Ona z rumieńcem dziewiczym,

Ale z rozweselonym słuchała obliczem.

Jak dziecię lubi widzieć obrazki jaskrawe

I w liczmanach błyszczących znajduje zabawę,

Nim rozezna ich wartość, tak się słuch jej pieści

Z dźwięcznemi słowy, których nie pojęła treści.

Na koniec zapytała: “Skąd tu Pan przychodzi?

I czego tu po grzędach szuka Pan Dobrodziéj?”

 

Hrabia oczy roztworzył, zmieszany, zdziwiony,

Milczał, wreszcie, zniżając swej rozmowy tony:

“Przepraszam – rzekł – Panienko! Widzę, żem pomieszał

Zabawy! Ach, przepraszam, jam właśnie pośpieszał

Na śniadanie; już późno, chciałem na czas zdążyć;

Panienka wie, że drogą trzeba wkoło krążyć,

Przez ogród, zdaje mi się, jest do dworu prościéj”.

 

Dziewczyna rzekła: “Tędy droga Jegomości;

Tylko grząd psuć nie trzeba; tam między murawą

Ścieżka”. – “W lewo – zapytał Hrabia – czy na prawo?”

Ogrodniczka, podniosłszy błękitne oczęta,

Zdawała się go badać, ciekawością zdjęta:

Bo dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni,

A Hrabia drogi pyta? Ale Hrabia do niéj Chciał koniecznie coś mówić i szukał powodu

Rozmowy.

“Panna mieszka tu? blisko ogrodu?

Czy na wsi? Jak to było, żem Panny we dworze

Nie widział? Czy niedawno tu? przyjezdna może?”

Dziewczę wstrząsnęło głową. – “Przepraszam, Panienko,

Czy nie tam pokoj Panny, gdzie owe okienko?”

<font

 

Myślił zaś w duchu: Jeśli nie jest heroiną

Romansów, jest młodziuchną, prześliczną dziewczyną.

Zbyt często wielka dusza, myśl wielka ukryta

W samotności, jak róża śród lasów rozkwita;

Dosyć ją wynieść na świat, postawić przed słońcem,

Aby widzów zdziwiła jasnych barw tysiącem!

 

Ogrodniczka tymczasem powstała w milczeniu,

Podniosła jedno dziecię źwisłe na ramieniu,

Drugie wzięła za rękę, a kilkoro przodem

Zaganiając jak gąski, szła dalej ogrodem.

 

Odwróciwszy się rzekła: “Czy też Pan nie może

Rozbiegłe moje ptastwo wpędzić nazad w zboże?”

“Ja ptastwo pędzać?” – krzyknął Hrabia z zadziwieniem.

Ona tymczasem znikła, zakryta drzew cieniem.

Chwilę jeszcze z szpaleru przez majowe zwoje

Przeświecało coś na wskróś, jakby oczu dwoje.

 

Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie;

Dusza jego, jak ziemia po słońca zachodzie,

Ostygała powoli, barwy brała ciemne;

Zaczął marzyć, lecz sny miał bardzo nieprzyjemne.

Zbudził się, sam nie wiedząc, na kogo się gniewał;

Niestety, mało znalazł! nadto się spodziewał!

Bo gdy zagonem pełznął ku owej pasterce,

Paliło mu się w głowie, skakało w nim serce;

Tyle wdzięków w tajemnej nimfie upatrywał,

W tyle ją cudów ubrał, tyle odgadywał!

Wszystko znalazł inaczej. Prawda, że twarz ładną,

Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną!

A owa pulchność liców i rumieńca żywość,

Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość!

Znak, że myśl jeszcze drzemie, że serce nieczynne.

I owe odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne!

“Po cóż się łudzić? – krzyknął – zgaduję po
czasie!

Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie!”

 

Z nimfy zniknieniem całe czarowne przezrocze

Zmieniło się: te wstęgi, te kraty urocze,

Złote, srebrne, niestety! więc to była słoma?

 

Hrabia z załamanemi poglądał rękoma

Na snopek uwiązanej trawami mietlicy,

Którą brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy.

Nie zapomniał naczynia: złocista konewka,

Ów różek Amaltei, była to marchewka!

Widział ją w ustach dziecka pożeraną chciwie:

Więc było po uroku! po czarach! po dziwie!

 

Tak chłopiec, kiedy ujrzy cykoryi kwiaty,

Wabiące dłoń miękkiemi, lekkiemi bławaty,

Chce je pieścić, zbliża się, dmuchnie, i z podmuchem

Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem,

A w ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy

Nagą łodygę szarozielonawej trawy.

 

Hrabia wcisnął na oczy kapelusz i wracał

Tamtędy, kędy przyszedł, ale drogę skracał,

Stąpając po jarzynach, kwiatach i agreście,

Aż przeskoczywszy parkan, odetchnął nareście!

Przypomniał, że dziewczynie mówił o śniadaniu;

Może już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu;

W ogrodzie, blisko domu? może szukać wyślą?

Postrzegli, że uciekał? Kto wie, co pomyślą?

Więc wypadało wrócić.

Chyląc się u płotów,

Około miedz i zielska, po tysiącach zwrotów

Rad był przecież, że wyszedł w końcu na gościniec,

Który prosto prowadził na dworski dziedziniec.

Szedł przy płocie, a głowę odwracał od sadu,

Jak złodziej od śpichlerza, aby nie dać śladu,

Że go myśli nawiedzić albo już nawiedził.

Tak Hrabia był ostróżny, choć go nikt nie śledził;

Patrzył w stronę przeciwną ogrodu, na prawo.

 

Był gaj z rzadka zarosły, wysłany murawą;

Po jej kobiercach, na wskroś białych pniów brzozowych,

Pod namiotem obwisłych gałęzi majowych,

Snuło się mnóstwo kształtów, których dziwne ruchy,

Niby tańce, i dziwny ubior: istne duchy

Błądzące po księżycu. Tamci w czarnych, ciasnych,

Ci w długich, rozpuszczonych szatach, jak śnieg jasnych;

Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim,

Ten z gołą głową; inni, jak gdyby obłokiem

Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony,

Ciągnące się za głową jak komet ogony.

Każdy w innej postawie: ten przyrósł do ziemi,

Tylko oczyma kręci na dół spuszczonemi;

Ów patrząc wprost przed siebie, niby senny kroczy Jak po linie, ni w prawo, ni w lewo nie zboczy;

Wszyscy zaś ciągle w różne schylają się strony

Aż do ziemi, jak gdyby wybijać pokłony.Ani mówią do siebie, ani się witają,

Głęboko zadumani, w sobie pogrążeni.

Hrabia widział w nich obraz elizejskich cieni,

Które chociaż boleściom, troskom niedostępne,

Błąkają się spokojne, ciche, lecz posępne.

 

Któż by zgadnął, że owi, tak mało ruchomi,

Owi milczący ludzie – są nasi znajomi?

Sędziowscy towarzysze! z hucznego śniadania

Wyszli na uroczysty obrzęd grzybobrania.

Jako ludzie rozsądni, umieją miarkować

Mowy i ruchy swoje, aby je stosować

W każdej okoliczności do miejsca i czasu.

Dlatego, nim ruszyli za Sędzią do lasu,

Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne:

Służące do przechadzki opończe płócienne,

Którymi osłaniają po wierzchu kontusze,

A na głowy słomiane wdziali kapelusze,

Stąd biali wyglądają jak czyscowe dusze.

Młodzież także przebrana, oprocz Telimeny

I kilku po francusku chodzących.

 

Tej sceny

Hrabia nie pojął, nie znał wiejskiego zwyczaju,

Więc zdziwiony nieźmiernie biegł pędem do gaju.

 

Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice,

Tyle w pieśniach litewskich sławione l i s i c e,

Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,

I dziwna; żaden owad na nich nie usiada.

Panienki za wysmukłym gonią b o r o w i k i e m,

Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem.

Wszyscy dybią na r y d z a; ten wzrostem skromniejszy

I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,

Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,

Czy zimą. Ale Wojski zbierał m u c h o m o r y.

 

Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku

Dla szkodliwości albo niedobrego smaku,

Lecz nie są bez użytku: one zwierza pasą

I gniazdem są owadów, i gajów okrasą.

Na zielonym obrusie łąk jako szeregi

Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi

S u r o j a d k i srebrzyste, żółte i czerwone,

Niby czareczki rożnem winem napełnione;

K o ź l a k, jak przewrocone kubka dno wypukłe,

L e j k i, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,

B i e 1 a k i krągłe, białe, szerokie i płaskie,

Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,

I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona

P u r c h a w k a, jak pieprzniczka – zaś innych imiona

Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku,

Od ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku.

Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy,

A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy,Zagniewany, grzyb złamie albo nogą kopnie;

Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.

 

Telimena ni wilczych, ni ludzkich nie zbiera.

Roztargniona, znudzona, dokoła spozieraMówił o niej, że grzybów szukała na drzewie;

Kup książkę Pan Tadeusz, lub sprawdź pełną ofertę księgarni internetowej.

Written by admin

luty 14, 2008 @ 11:36 am